Wpisy
Wreszcie, po długim oczekiwaniu, z dalekiego kraju, przybieżała notatka Moskwiczowej, odkrywająca kulisy jej drogi powrotnej. Jako, że sprawa wciąż dotyczy Moskwy, kwalifikuję do blogu i przytaczam in extenso
Moskwicz
Moskwa nie chciała się ze mną rozstać – to może być miłość albo nawet liubow
Po tych wszystkich bagażowych perypetiach ogarnęło mnie pragnienie (dosłownie: bardzo chciało mi się pić) i marzyłam o tym aby usiąść. Nic z tego. Za winklem już czyha na podróżnych kolejna bramka i prześwietlanie. Ruki w wierch itp.
Pan Graniczny pogrzebał sobie w mojej torebce, nie wiem dlaczego najbardziej interesowała go zawartość portfela i mojej Biblii. Pomyślał, spodobało mu się, jeszcze raz pomyślał i zdecydował że przy użyciu tych dziwnych przedmiotów nie zdołam stworzyć zagrożenia dla bezpieczeństwa lotu. W porządku. Mogę przechodzić.
Patrzę na bilet – gate 56. Wspólne przedsięwzięcie Lotu i Aeroflotu w trosce o zdrowie (tak sądzę) zapewnia pasażerom zarówno na lotnisku w Polsce jak i w Moskwie „przebieżkę” wyznaczając najbardziej odlegle stanowisko dla samolotu. Jedyna różnica polega na tym, że w Warszawie idzie się cały czas prosto, a w Moskwie uprawia slalom miedzy kolejnymi sklepami. Ot tak, dla zdrowotności. Idę z wysuniętym jęzorem, mijam sklepy z wódką, chustkami, matrioszkami, zaczynam tracić nadzieję, że dotrę na miejsce i jeszcze przed wejściem do samolotu zdążę się napić wody. Duszno, upał. W końcu widzę: 56 – to nie fatamorgana. Zdążyłam.
Rozglądam się za napojami ale proszą już do samolotu. Jak dobrze, przynajmniej usiądę i wkrótce podadzą coś do picia. Siedzę sobie a czas czarodziej tym razem zatrzymał wskazówkę zegara, prawie stoi w miejscu. W końcu mija 17:55 i dalej stoimy w miejscu. Gaśnie światło, nie działa klimatyzacja i robi się coraz duszniej. Stewardesy roznoszą wodę. Wreszcie! Wypijam dwie szklaneczki, a woda jak to woda natychmiast przenika przez skórę, bo na zewnątrz temperatura 32 stopnie a w samolocie jak w saunie. Stewardesy z uśmiechem roznoszą chusteczki odświeżające – bardzo przyjemnie jest wytrzeć lepkie ręce.
Nie działa kolejny agregat prądotwórczy, proszą o cierpliwość a uśmiech chyba już boli. W końcu, po godzinie, znajdujemy się już na pasie startowym. Cóż, nie było masełka, Lot podaje kanapkę dla bardzo głodnych, chyba nie byłam aż tak głodna aby to zjeść, a mimo to zjadłam. Dziwna jest natura człowieka.
Moskwiczowa
29.06.2010
komentarze:
Przewodnikowipokrakowie
Wiem co to za ból jak się czegoś człowiek chce dowiedzieć i nie bardzo mu się to udaje, wiem po sobie i wiem po Lemie, jak to było z sepulkami - na szczęście problem czebureków jest dużo prostszy. Od razu jednak chcę się zastrzec, że jeśli chodzi o kulinaria to jestem na poziomie jajecznicy bez zbyt wielu dodatków, za to całkiem dobrze mi ona wychodzi.
Wygląda mi jednak na to, że czebureki to po prostu duże, lepione pierogi z mięsem. Im więcej kucharzy, tym więcej przepisów, ale będą się one różnić co najwyżej w szczegółach - jakie mięsa, ew,. w jakiej proporcji składają się na farsz, ile cebuli, jakie przyprawy do smaku itd..
Tu proponuję mały filmik instruktażowy, sądząc po podkładzie muzycznym przepis klasyczny, dla odróżnienia od produkcji kuchennych w wydaniu redaktora Makłowicza, ten kucharz jest dość małomówny, ale jednak widać mniej więcej co pan kucharz robi:
Jest mnóstwo stron o czeburekach i bardzo wiele wariacji dotyczących samego przepisu. Wybieram takie, które zawierają mało tekstu a wiele fotografii i wyróżniają się czymś szczególnym. Najpierw przepis, którego autorka w ramach autoreklamy stwierdza co następuje: " Jak kiedys powiedziała moja mama: Czebureki udają ci się lepsze od tych kupnych, a mój mąż nie wydaje z siebie zbędnych słów tylko (uwaga!!!!) naworacziwajet eti czebureki za obie szczeki !!!
Nie wiem dokładnie co to znaczy, ale sobie wyobrażam, że je dzielnie pałaszuje, przez co staje się mało komunikatywny, za to w ogólnym zarysie przypomina chomiczka. Warto więc zajrzeć, choć zdjęcia męża tam akurat nie ma.
Drugi, podobny przepis, równie bogato ilustrowany fotograficznie, zawarto w blogu, który szczerze, już w samym tytule stwierdza: "Czebureki, O smacznym i nie zawsze zdrowym pożywieniu"
W innym, ciekawym instruktażu - wyraźnie widać męskie podejście do sprawy - mamy nawet próbę definicjiprawidłowego czebureka: Gotowy czeburek jest w kształcie półokręgu (w innym źródle: półksiężyca) o średnicy równej wielkości dłoni przygotowującego. Ciasto ma charakterystyczny, przyrumieniony kolor z wypukłymi pęcherzykami (średnicy nie więcej niz 1-2 cm).
Autor dalej stwierdza, ze kaloryczność produktu zależy od tego co wrzucimy do farszu i od sposobu przygotowywania, bowiem ciasto ma tendencję do wchłaniania tłuszczu, na którym jest smażone. Uważa, że w zwiazku z tym dorosły meżczyzna nie będzie w stanie zlikwidować więcej niż 4 czebureków za jednym posiedzeniem, co jego zdaniem słuszne jest i sprawiedliwe i powinno nas cieszyć, że nie więcej, bo przygotowywanie czebureków jest zajęciem, które pochłania dużo energii. Autor nie zauważył jednak, że bardziej wrażliwe na zawartośc tłuszczu kobiety już dawno wpadły na to, by czeburek przed spożyciem poleżakował jeszcze trochę na serwetkach i oddał im część tłuszczu
Wreszcie - nie bójmy sie tego stwierdzenia - czeburek jest zjawiskiem kultowym!! Na przykład jest w internecie strona dla panów pod adresem http://www.cheburekov.net/ (www. nie ma czebureków), która ubolewa nad tym, że czebureki odchodzą. Strona, której adresatami są prawdziwi mężczyźni stadni, w stadach takich jakodnokłasniki, sokamierniki, nieudaczniki uważa czebureki za ważne zjawisko socjologiczne.
Po pierwsze były czebureki tym, czym u nas naleśniki z serem i cukrem, albo leniwe (też z serem i cukrem), czyli przebojem polskich barów mlecznych, czyli punktów zbiorowego żywienia. Czebureki były jednym z głównych produktów, przepraszam że się wyrażę, obszczepita SSSR.
Wprawdzie w Polsce leniwe giną wraz z barami, a naleśniki niby usiłuja się jeszcze bronić w różnych naleśnikarniach, ale to już nie to - nie mają tego specyficznego bukietu zważonego (tfu! zwarzonego cheba jednak:-) mleka i lekko sfermetowanej szmaty do podłóg. Są chyba skazane na śmierć niechybną, zginą wraz z atmosferą i zastawą barową z filmów Bareji. Tu to samo dzieje się z czeburekami - autorzy strony przyznają, że czebureki sa niby wszędzie, w kioskach, budkach, na ulicy, nawet w restauracjach i w formie mrożonek, ale to już nie to. Prawdziwe czebureki są tylko w czeburecznych - a tych jest już coraz mniej
Po drugie - spożywanie czebureków w czeburecznych jest wyrazem oporu przeciw glamurnoj żyzni - panowie w garniturach i panie w futrach i pantoflach na wysokim obcasie mogą sobie spożywac czebureki w dowolnej restauracji, w cenie 10 dolarów za sztukę, na ładnym talerzu, z pomocą noża i widelca. Ci, którzy chcą pokazać, że walczą z tym nowobogackim establishmentem, są w stanie peregrynowac przez pół miasta do prawdziwej czeburecznoj. Autorzy twierdzą, że zostały już tylko dwie takie w Moskwie - coś nie chce mi się wierzyć.
Słownik wyrażeń pożytecznych
чебурек (czeburiek) - tradycyjny produkt obszczepita, nie mylić z:
Чебурашка (Czeburaszka) - postać bajkowa z bandy Krokodyla Gieny, wspominany już w notce http://moskwicz.blog.pl/komentarze/index.php?nid=14835563 , pozycja nr 6, nie mylić też z worom w zakonie http://www.utro.ru/articles/2010/06/29/904444.shtml
prawdziwa Czeburaszka wygląda tak jak po lewej, nie zaś tak jak po prawej.

чебрец, чабрец, (czebriec, czabriec) - macierzanka, choć wygląda na tymianek i jest pewnie z tymiankowatych, ostatnio przedmiot bardzoożywionej dyskusji na blogu kacapa z moskwy
Inne mniej ważne
одноклассники (odnokłasniki) - koledzy z klasy, nazwa rosyjskiego serwisu społecznościowego, odpowiednika Naszej Klasy
сокамерники (sakamierniki) - współdzielący pokój, czyli w szerokim rozumieniu współspacze - koledzy z pokoju w akademiku, z izby żołnierskiej, spod celi:-). Przedrostek "so" odpowiada polskiemu "współ". Najczęstsze (taka moda) zastosowanie to: sotrudnik - dosłownie współpracownik, obecnie po prostu pracownik, np. sotrudnik milicji brzmi lepiej niż dawniejszy rabotnik. To ogólnoświatowa tendencja. Kiedys konsultant/doradca rzeczywiście nim był, teraz jest nim każdy kto utrzyma w ręku telefon. Najbardziej rosyjskie słowo, którego chyba nie ma w żadnym innym języku: sobutylnik - czyli wspólnik do butelki.
неудачники (nieudaczniki) - pechowcy, ci, którym sie nie udało. W szerokim rozumieniu praktycznie my wszyscy. Największą grupę stanowią zawsze ci co nie zostali mistrzami świata w jakiejs dowolnej dziedzinie, miliarderami, albo chociaż największymi mafiosami w mieście)
общепит (abszczepit) - bardzo apetycznie brzmiący skrótowiec oznaczający żywienie zbiorowe
гламурная жизнь (głamurnaja żyzń) - życie jak z okładki kolorowych pism, od angielskiego glamour
29.06.2010
komentarze:
To jeszcze raz zapraszam :) Czeburecznaja na ul. Krasina róg Tiszinskoj ploszczadi, jakieś 10-15 minut od polskiego lokalu wyborczego lub metra Bialoruska.
Dzisiaj, wędrując po Moskwie, pomyślałam sobie, że można tu pracować przez wiele lat i znać tylko okolice najbliższych stacji Metra, tzn. stacji zamieszkania i stacji najbliższej miejscu pracy. Resztę życia spędza się w podróży, pod ziemią.

Stacje metra są wyjątkowe, niektóre to prawdziwe dzieła sztuki. Nie widziałam jeszcze tych najpiękniejszych, zastanawiam się też, czy te miliony ludzi spieszących się do swoich spraw zauważają to piękno? 


Ja, Warszawę widzę dopiero wtedy, gdy ktoś przyjedzie i trzeba mu pokazać Stolicę. Dziękuję więc Denisowi, który obwiózł nas i pokazał najciekawsze miejsca. Jeżdżąc metrem nigdy nie doświadczyłabym, jak ogromne jest to miasto. Zobaczyłam nie tylko ulubione zakątki Denisa (o których pisze na swoim blogu – kacap_z_moskwy) ale także miejsca, do których nigdy nie dotarłabym na piechotę: osiedla domów, tzw. Chruszczówek, nowoczesne city czyli drapacze chmur w stylu szklanych domów, wielką obwodnicę Moskwy zwaną MKAD i wiele innych ciekawych miejsc.
Co można robić, gdy spędza się tyle czasu w podziemnej kolejce? Niektórzy śpią, inni przymykają oczy, by choć na trochę wyłączyć się, odpocząć, wiele osób czyta gazety, książki, nawet na stojąco. Młodzież, tak jak u nas, w słuchawkach na uszach. Włosy uczesane normalnie, żadnych bardziej lub mniej kolorowych czubów, udziwnionych wygoleń, tatuaży, kolczyków w różnych częściach ciała, kolczatek, kłódek, łańcuchów, podartych czy opuszczonych do kolan portek lub innych subkulturowych mundurów świadczących o wyjątkowej indywidualności posiadacza. Raczej nikt nie rozmawia, metro jest bardzo głośne. Spotkać tu można przedstawicieli wszystkich narodowości mieszkających w Moskwie. 
Na uwagę zasługują drzwi wejściowe do poszczególnych stacji metra: wahadłowe, ciężkie, niezwykle ruchliwe. Tu nikt nie przytrzymuje takich drzwi, wszyscy pędzą do przodu a drzwi też pędzą, tyle że w przeciwną stronę atakując następną osobę. Trzeba mieć dużo refleksu aby w porę "przelecieć" przez tę przeszkodę. Ostatnio nie udało mi się, drzwi najpierw walnęły mnie, a potem zgodnie z ruchem wahadła przesunęły się dalej, a ja pozostałam na miejscu próbując wyrwać im moją torbę. Niestety, mam wyrobiony odruch przytrzymywania drzwi dla następnej osoby, co powoduje, że za każdym razem widzę jakąś konsternację, bo nie jest to zachowanie normalne i nie wiadomo, co może wydarzyć się dalej.
Metro budowano w czasach, gdy nie mówiło się o mieście przyjaznym dla osób o ograniczonej możliwości poruszania się. I nie jest przyjazne. Zwykle pod ziemię prowadzą schody ruchome (każdy schodek obwiedziony żółtą linią, co dla okularników a zwłaszcza dwuogniskowych tak, jak ja jest rewelacyjnym udogodnieniem). Na wielu stacjach wierzch każdego schodka wykonany jest z tworzywa antypoślizgowego. Pozostaje jeszcze wiele zwykłych schodów do pokonania, aby np. przemieścić się z jednej linii na drugą. Nie widziałam wind (może są, ale ja ich nie dostrzegłam, bo tu wszystko dla mnie jest nowe i pewne rzeczy odkrywam dopiero za którymś razem). Ostatnio, idąc powoli (co w metrze nikomu się nie zdarza) zobaczyłam przed sobą staruszkę idącą o lasce. Doszła do schodów i trzymając się poręczy wspinała się mozolnie. Szłam za nią a wszyscy nas „obganiali”, nagle poręcz zakończyła się, a do pokonania zostało cztery czy pięć schodów. Spróbowała postawić najpierw lewą stopę, prawdopodobnie ból uniemożliwił przeniesienie ciężaru ciała więc przymierzyła się do postawienia prawej. „Obgoniłam” ją, podałam ramię i widzę w jej spojrzeniu zdziwienie i jakby obawę? Pokazałam gestem, uśmiechając się, że chcę jej pomóc. Pokonałyśmy te kilka schodków. 
W metrze poczyniłam też szereg obserwacji dotyczących żeńskiej mody. Moskwiczanki (te młode) mają najdłuższe nogi na świecie a w dodatku noszą z upodobaniem pantofle na koturnach lub bardzo wysokich obcasach. Chyba nie jest to zbyt wygodne, bo odległości do przebycia pieszo bywają duże a chodniki moskiewskie nie należą do najrówniejszych. Wiele jest osób szczupłych inaczej; ale kobiety tutaj nie mają z tego powodu kompleksów bo ubrane są znakomicie, zgodnie z nowymi trendami mody, w gustowne ubrania wykonane z bawełny i wielu innych współczesnych tkanin. Żadnych stylonów, żorżet i modeli ubrań w stylu na wsi wesele trzydzieści lat temu! Trochę zazdroszczę, bo u nas niewiele jest sklepów, które dają szanse puszystym ubierać się wygodnie i modnie.
W metrze.... (tu, niestety gwałtownie i nieoczekiwanie kończą sie notatki Moskwiczowej, o czym ze smutkiem donosi Moskwicz).
Ale zostało za to kilka stylowych zdjeć:


28.06.2010
komentarze:
Jak piszą dziś w gazetach upał, który panuje w Moskwie od kilku dni, dziś tylko się wzmocni i słupki termometrów wskażą w południe nawet 34 stopnie.
Piszą też, że upalna pogoda negatywnie odbije się na samopoczuciu nawet zdrowych ludzi, a szczególnie trudna do zniesienia będzie dla
1. ludzi z nadwagą
2. chorych na cukrzycę
3. i tych, którzy mają zaburzenia pracy serca i / lub krążenia
Po co tyle pisać? zamiast 1-3 lepiej po prostu napisać: dla Moskwicza.
Prasa dalej proponuje mi, żebym w miarę możliwości nie wychodził z domu; szkoda, że mój pracodawca jest innego zdania:-)
Ale cóż, trzeba się jakoś pocieszać: przecież mógłbym trafić np. na huragan - też niedawno przechodził nad częścią Moskwy.
Jak donosi nieoceniona prasa właśnie niedawno na Węgrzech huragan porwał psa z budą. Pies został odnaleziony 32 km od miejsca porwania i zwrócony właścicielce, niestety sama buda i łańcuch zniknęły bez śladu.
Prasa stwierdza, że "sabaka była ceła choć i silno drożała",czyli, że psina, choć cała, będzie wymagała paru sesji PSYchoterapautycznych, żeby zredukować jej ten stres.
Z dwojga złego wolę już upał
Podręczny słowniczek
дорожать (dorożat') - drożeć
дрожать (drażat') - drżeć, a więc psina drżała po przejściach, a nie drożała!!
25.06.2010
komentarze:
Gdyby to wyniki głosowania polskich obywateli na terenie Rosji miały być decydujące, druga tura głosowania w wyborach prezydenckich nie byłaby potrzebna. Przewaga łączna Bronisława Komorowskiego, ok. 60 do 19, byłaby miażdżąca. Jeszcze wyraźniej rysuje się ona w Moskwie: 65:14.
Przejrzałem pobieżnie wyniki obu najważniejszych kandydatów także w innych krajach - wystarczy kliknąć na poszczególne linki w tablicy opublikowanej przez Państwową Komisję Wyborczą na stroniehttp://prezydent2010.pkw.gov.pl/PZT/PL/WYN/W/149901.htm i doszedłem do następujących wniosków:
1. Sądzę, że im dalej się mieszka od Polski, tym rzadziej się ją odwiedza. Myślę też, że im dalej się mieszka, tym mniejsza jest szansa, że wyjechało się na chwilę, żeby dorobić i wrócić, a większa na to, by pozostać za granicą na stałe. To nie jest jeszcze wniosek ze studiowania wyników, ale wniosek wstępny, logiczny i poparty empirycznym doświadczeniem - mam znajomą, która z Australii raczej już nie wróci, znajomą, która mówi że wróci z USA i już od ponad 10 lat mówi, no i znajomych którzy w Angli pracują, a z Polska łączą przyszłe plany, święta i wakacje też tutaj spędzają.
2. Wyniki wyborów pokazują, że w tych bardziej odległych miejscach (USA, Kanada, niektóre obwody w Australii i Brazylii) przewagę uzyskuje Jarosław Kaczyński. Na Syberii też ma on lepszy wynik niż w Moskwie czy Petersburgu:-). Im starsza jest Polonia i im dalej od kraju tym bardziej głosuje na Jarosława.
3. Nie jest dla mnie ważne na kogo akurat głosuje - i nie chodzi o to, że jestem szczególnym zwolennikiem czy przeciwnikiem któregoś z kandydatów - zjawisko jest ciekawe, a przy tym nie wiem dlaczego głos na temat układania przyszłych spraw Polski i w Polsce mają mieć osoby, których związek z Polska jest coraz bardziej luźny. Bardziej uczciwe byłoby chyba ograniczenie praw do głosowania do tych osób, których to głosowanie dotyczy. Lepiej byłoby, gdyby na przykład ograniczyć się do osób, które płacą podatki w Polsce, albo osób, które posiadają polskie - i tylko polskie - obywatelstwo, albo osób które chociaż raz w ciagu ostatnich 5 lat były w Polsce, samo posiadanie paszportu - zwłaszcza jeśli jest on jednym z wielu, jednak nie wystarczać nie powinno.
| MOSKWA | RAZEM ROSJA | |
| JUREK | 1,46% | 2,75% |
| KACZYNSKI | 14,08% | 18,98% |
| KOMOROWSKI | 65,29% | 59,55% |
| KORWIN | 3,64% | 3,14% |
| LEPPER | 0,24% | 0,13% |
| MORAWIECKI | 0,49% | 0,26% |
| NAPIERALSKI | 10,19% | 10,21% |
| OLECHOWSKI | 1,94% | 2,36% |
| PAWLAK | 1,94% | 2,09% |
| ZIĘTEK | 0,00% | 0,00% |
| 99,27% | 99,48% | |
| GLOSOW | 412 | 764 |
| UPOWAZNIONYCH | 473 | 846 |
| FREKWENCJA | 87,10% | 90,31% |
wyliczenia własne na podst. danych http://prezydent2010.pkw.gov.pl/PZT/PL/WYN/W/149901.htm
24.06.200
Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim wracając LOT-em na ojczyzny łono. Muszę ze smutkiem przyznać, że mieszkanie znów stało się jakby za duże....
Potwierdzam wiadomość, przekazaną już światu przez Denisa (http://kacap.blox.pl/2010/06/23.html), żem znów samotnik na moskiewskim bruku.
Otóż "pani Jadwiga" już cieszy się widokiem Pałacu Kultury, jakże podobnym do tutejszego hotelu Hilton Komsomolskaja. I w dodatku, czego najbardziej jej zazdroszczę, ma piękną pogodę z temperaturą 16 stopni, a nie kolejny powiew znad Afryki i 30 stopni w cieniu....
Na szczęście dla mnie i dla blogowiczów prowadziła Moskwiczowa bardzo aktywny, zwiedzający tryb życia, zostawiła więc po sobie dużo zdjęć i notatek, których nie miała kiedy opublikować.
Wyjeżdżała Moskwiczowa również w sposób niebanalny, Moskwa wyraźnie starała się ją zatrzymać.
1. Najpierw okazało się, że przyjazd na 2godziny przed odlotem to za wcześnie - zaproponowano nam, zebyśmy wrócili do odprawy za pół godziny a na razie poszli np. do kawiarenki.
2. Gdy wróciliśmy okazało się, że bagaż ważył 26kg zamiast przepisowych 20kg i że za nadbagaż trzeba płacić. 50 euro w kasie 21.
3. Wyjście ze sfery odpraw. Poszukiwania kasy. Czas biegnie. Pani w kasie przyjęła kartę VISA i po 5 minutach zwróciła ją z powrotem - jej terminal karty nie czytał. Co robić? Ona proponuje, żebyśmy na własną rekę pobiegali po lotnisku, jest tam dużo różnych bankomatów, może któryś kartę "zobaczy".
4. Sbierbank ślepy, Barclays widzi !!! Połknął kartę i kazał czekać. W nasze szeregi wkrada się zwątpienie niepewność. Wreszcie dał głos: podaj PIN. Podaliśmy. Wpisz kwotę. Wpisaliśmy. Nie masz takiej kwoty na koncie. Spróbuj jeszcze raz wpisać mniejsza kwotę. Spróbowaliśmy. Tej kwoty też Barclays na naszym koncie nie zauważył. Czas leci.
5. Wracamy do strefy odpraw - robimy to za szybko. "Passażir!!!!" - rozlega się za nami. Musimy wrócić i jeszcze raz prześwietlić torebkę Moskwiczowej. Na moje nieśmiałe "zamieczanije", że myśmy już w tej strefie byli i się prześwietlali, uzyskuję logiczną odpowiedź - możeście i byli ale żeście ją opuścili, to trzeba jeszcze raz. Faktycznie, żona mogła przecież chytrze dociążyć się bombą w toalecie. Przepisy słuszne, szkoda tylko, że ten czas zaczyna już gnać...
6. Ponownie odprawa. Wyjaśniamy, że mimo szczerych chęci opłacić nadbagażu się nie dało. Proponujemy, że zapłacimy - tak jak mandat - "kredytowym", tylko wrócę do domu i od razu zrobię przelew na wskazane konto. Nie ma takiej możliwości. Młodzi ludzie z odpraw wpadli wreszcie na pomysł. Bagaż Wigi został "wezwany" z powrotem. Jak "przyjdzie" z dołu, trzeba będzie go wybebeszyć i albo zabrać część ze sobą, żeby sobie jeszcze w Moskwie pomieszkała, albo przepakować do bagażu podręcznego.
7. Czekamy. Zastanawiamy się jak ten "wezwany" bagaz "przyjdzie" z dołu, bo pas transmisyjny działa tylko w jedna stronę: z góry na dół..... Czas chyżo umyka.
8. Czekamy. Czas "zasuwa jak ta Alfa-Romeo". Wreszcie bagaż "przyszedł". Pan przywiózł na wózku.
9. Teraz już tylko szybkie przepakowanie części prezentów do bagażu podręcznego i voila!!!
Wszystko jest już w Warszawie. Nie tylko żona, ale nawet bagaż po przepakowaniu też zdążył na ten sam samolot!!! Niech żyje LOT z Aerofłotem i ich wspólne przedsięwzięcie. Niedługo się dowiemy, czy znów serwowano na pokładzie to samo masełko.
Wracam do mieszkania, tak opustoszałego, otwieram lodówkę, a tam pietrzą się pudełeczka kawioru - kupione jako prezenty - pamiątki. Będę musiał teraz karmić się tym delikatesem, choć wcale go nie lubię......
Ale za to w mojej Moskwiczowej - muszę przyznać - jest coś takiego, że się ludzie do niej garną, a ona potrafi utrzymywać nawiązywane znajomości i zamieniać je w przyjaźnie. Skutek uboczny - Wiga pozostawiła po sobie sporą spuściznę - w postaci notatek i zdjęć z wypraw po Moskwie, licznych i dokonywanych w różnym składzie (choć największym naszym cicerone był Denis, kacap-z-moskwy, wielkie podziękowania!!!) - zajmowały one tyle czasu, że czasu na wpisy do bloga już brakowało. Mam nadzieję, że ja - nienachalnie absorbowany przez kogokolwiek, opublikuję wkrótce całą tę spuściznę.
24.06.2010
komentarze:
Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek - rzuciłem sobie Norwidem, a co?....
I podążyliśmy do konsulatu...
Czy oprócz obowiązku była to także przyjemność, zobaczymy po ogłoszeniu wyników.
Więcej dywagacji na ten temat nie będzie, żeby nie złamać ciszy wyborczej...
20.06.2011
komentarze:
W ramach przystosowania mnie do codziennego życia w Moskwie, szanowny mój małżonek poruczył mi odpowiedzialne zadanie oddania do pralni 3 (trzech) krawatów. Przejęta, z wymuszoną nieco godnością (do pralni jest nieco pod górkę), udałam się wypełnić oczekiwania szanmałż.*
Dotarłam do himczystki** i oddałam krawaty do rąk pracownicy i...
Że, co? Że nie ma o czym mówić? Że nic prostszego? Otóż kochani: ja nie tylko oddałam krawaty do pralni! Musicie wiedzieć, że zawarłam umowę cywilno-prawną, potwierdzenie, której otrzymałam w formacie A-4 do rąk własnych potwierdzając własnoręcznym podpisem w dwóch jednobrzmiących egzemplarzach!

Słowniczek wyrazów mniej więcej potrzebnych
* Szanmałż - tutaj często używa się skrótowców – to określenie jakoś tak nagle samo wpadło mi do głowy, uważam, że jest niezwykle praktyczne i wygodne, a nawet nieoczekiwane dodaje wdzięku, podkreślając cechy charakteru.
** himczystka – to chyba każdy wie,
19.06.2010
komentarze:
1. szanmałż - to jakiś rodzaj ostrygi?
2. jeśli himczistka to chimczistka to wiem ;-)
Włączyli ciepłą wodę! Koniec grzania wody do mycia! Koniec ochlapywania się wodą z miski, polewania się wodą z dzbanka, ratowania się chusteczkami nawilżającymi. Niby tak niewiele, a jak cieszy!!!

19.06.2010
komentarz:
Ja to lubię w zimniej wodzie się wykąpać.... byle nie z musu. Miło mi było odkryć Wasz blog. Pozdrawiam i łaknę dalszych notek, szczególnie na temat organizacji miast. Komunikacja, Urbanizacja, Socjologia - to mnie interesuje.
Wsiadamy do tramwaju. Podchodzimy do dużej skrzynki z przezroczystego pleksiglasu i wrzucamy do środka przez wąski otwór stosowną liczbę kopiejek. Nie ma żadnego automatu, któryby tę sumę zliczał – to kwestia wewnętrznej uczciwości, zdyscyplinowania i presji wytwieranej na ciebie przez współpasażerów – oni wrzucili to i ty powinieneś. Następnie sięgasz do wąskiej papierowej taśmy nawiniętej na wielkim bębnie i odrywasz sobie stosowna liczbę biletów – bilet pokażesz w razie kontroli. Ile biletów odedrzesz, też nikt nie kontroluje. Wsiadasz do tramwaju, w którym jest ścisk, przekazujesz więc odliczone i trzymane w garści pieniądze kolejnym pasażerom, aż ten, który jest najbliżej dokonuje aktu strzelistego wrzut – obrót bębna – bileto-odryw i bilet wraca w Twoim kierunku. Jeśli myślisz, że nadal tak jest, to Twoje informacje na temat Moskwy są o jakieś 30 lat spóźnione.
Niektórzy złośliwi twierdzą, że poprzedni system wynikał jedynie z braku umiejętności i możliwości technicznych, że odzwierciedlał jedynie niemożność tamtego okresu, podobną do tej z internetowego dowcipu o albańskich hakerach. Nie znacie? Parę lat temu po Polsce krążyła wiadomość-spam, która została wysłana na kilkudziesiąt tysięcy komputerów. Treść wiadomości była mniej więcej taka: „właśnie otrzymałeś bardzo groźnego albańskiego wirusa. Ponieważ jednak zaawansowanie informatyczne naszych hakerów nie jest jeszcze wysokie, prosimy, abyś w ich imieniu udał się do folderów c:/windows/system oraz c:/windows/system32 i skasował stamtąd wszystkie pliki. Dziękujemy za współpracę”. Ja wolę jednak sądzić, że poprzedni system zakładał jednak pewną wiarę w człowieka, w jego uczciwość – dopuszczał także możliwość jazdy na gapę (zajcem) - każdemu w sytuacji ekstremalnej i przymusowej może się przecież przydarzyć, że pieniędzy zapomniał, a przemieścić się musi. 
Obecny system tramwajowo-trolejbusowy jest paskudny i w całości skierowany na wyciśnięcie z pasażera opłaty za przejazd. Wsiadamy wyłącznie przodem, przechodząc obok kabiny kierowcy. Jeśli mamy bilet, idziemy dalej do automatycznego walidatora gdzie wkładamy bilet, co uruchamia bramkę-rogatkę, podobną do tej co w warszawskim metrze, tylko wyższą, więc nie sposób ją przeskoczyć. Ci co biletu nie mają kupują go u kierowcy. Procedura wsiadania trwa więc długo, co wydłuża czas przejazdu – i tak długi przez wieczne korki. Koszt biletu u kierowcy autobusu, trolejbusu, tramwaju – 26 rubli. Ten sam pojedynczy przejazd wykupiony wcześniej kosztuje 24 ruble. Są też różne dodatkowe warianty wykupowania jednorazowo większej liczby przejazdów, wówczas jednostkowa cena przejazdu maleje. Na przykład 5-cio przejazdówka kosztuje 90 rubli (18 rubli za przejazd). Odmiennie niż np,. w Warszawie bilet kilkurazowy posiada cechy wspólne z doładowaniem telefonu komórkowego – pierwszy przejazd musi być dokonany przed upływem konkretnego terminu, a całość również należy w określonym terminie wykorzystać. Bilety kupuje się wyłącznie w specjalistycznych budkach z napisem „projezdnyje bilety” – nie ma ich zbyt wiele, więc jak się już na taką trafi, trzeba się zaopatrzyć na zapas. Wysiadamy. 
Naszą progułkę rozpoczynamy od stacji metra Prospekt Mira. Nie tyle jednak ona sama jest dla nas ważna, co jej wybitnie kulturotwórcza rola. Jest otóż stacja „obłożona” dookoła setką małych budek i innych obiektów... 
..sposród których najwieksze wrażenie sprawiła na nas przenośna toaleta. 
Nie żebyśmy toi-tojek do tej pory nie widzieli, tylko u nas stoją one sobie bez dozoru, a tutaj biznes kwitnie – jedną kabinę odnajmujemy potrzebującym za 20 rubli od osoby, a w drugiej – zbrojni w szczotę i wiadro - siedzimy sami i pilnujemy interesu. Okazało się, że w Moskwie jest to powszechnie stosowany patent i że biznesy tego typu są powszechne – od najmniejszych typu 1+1, aż do maksi-sławojek: dowód, już ze ścisłego centrum – przedstawiamy powyżej. Prosty pomysł, a ile radości, i ludzie jakby mniej nerwowi i bezrobocie jakby mniejsze.... Warto się zastanowić nad przeniesieniem do Warszawy – już myślę nad biznes planem... 
Próbowaliśmy się przespacerować Prospektem Mira w kierunku Sadowego Kolca, ale jednak spacer ten do przyjemnych nie należy. Olbrzymi hałas i zgiełk nie poprawia samopoczucia. Mieliśmy tylko jeden powód do (wątpliwej) satysfakcji: kierowcom w samochodach szło jakby jeszcze gorzej, uformował się wielki korek, podobno rzecz normalna o każdej porze (Kacap pisał niedawno o probkie o godz. 3 nad ranem), choć przecież i sam Prospekt mira ma po kilka pasów w każdą stronę, a Sadowe Kolco jest jeszcze szersze.... 
Znaleźliśmy jednak zjawiskowy powód.......... 
.....do satysfakcji, przy czym im większe było zbliżenie tym satysfakcja również większa. Niestety dalszy najazd na nogi powodował, że głowa wypadała z obiektywu – musieliśmy więc zrezygnować. Zdjęcie robiliśmy nienachalnie, z ukrycia, nie przechodząc przedtem odpowiedniego szkolenia - co też się odbiło na jakości. Musicie jednak wierzyć mi na słowo: mijała nas posiadaczka najdłuższych nóg w całym byłym Układzie Warszawskim! Niestety, jak widzicie sami, Nogom ktoś już zawracał głowę przez telefon komórkowy, trochę nas to onieśmieliło i nie próbowaliśmy sie przedstawiac jako redaktorzy poczytnego kolorowego tygodnika z Polszy. I żeby była pełna jasność: to moja szanowna małżonka Nogi wypatrzyła i to ona robiła zdjęcie!!!!
Słowniczek terminów przydatnych
Projezdnoj biliet (проездной билет) – bilet na przejazd środkami komunikacji miejskiej
Zajac (заяц) – zając
Nu, zajac, pogodi! (Ну, заяц, погоди! – Jeszcze cię dopadnę, zając! Albo: Zając, och żesz ty!
Jechat’ zajcem (ехать зайцем) – dosłownie: jechać „na zająca”, czyli jechać „na gapę”, czyli jechać bez biletu
Progułka (прогулка) spacerGuliat’ (гулять) – spacerować, ale też weselić się, hulać.
Paren’, który zaguliał, nie zaspacerował się – on się zapił. Wielki słownik sugeruje, że być może nie tylko się on zahulał, ale może nawet i zaczął się puszczać. Słowem, spacerów nie należy nadużywać (zawsze podświadomie się do tego stosowałem)
16.06.2010
komentarze: